Tytuł posta jest dość absurdalny nie bez powodu. Często mam ochotę właśnie tak powiedzieć. Widok błąkających się po bezdrożach psów i miauczących ze śmietników kociąt przyprawia mnie o ból serca. Wrażliwość na cierpienie, zwłaszcza bezbronnych zwierząt, wyssałam z mlekiem matki mej i chyba nawet rozmnożyła się ona we mnie.
Od dziecka wychowywałam się ze zwierzętami. Pierwsza zamieszkała w naszym domu Semi- dobermanka. Miała pięknie spiczaste uszy i była bardzo oddana. Moja pierwsza przyjaciółka i towarzyszka z najmłodszych lat. Do dziś łezka się kręci w oku. Następna była Megusia- suczka Golden Retriever.
Kiedy odeszła od nas Megi, nie potrafiliśmy sobie poradzić. Biała
przytulanka, której nigdy nie było dość. Wiecznie wesoła i gotowa do
zabawy. Kiedy się do niej przytulałam miałam wrażenie, że wszystkie
rozterki odpływają w zapomnienie.




